Menu
Zamówienie

Olga Boznańska - Helena Blumówna 1949 r. - część I

Dodany w dniu

OLGA BOZNAŃSKA

1865-1940

MATERIAŁY DO DZIEJÓW SZTUKI I KULTURY NR 9

 

MATERIAŁY DO MONOGRAFII

ZEBRAŁA I OPRACOWAŁA

HELENA BLUMÓWNA

WARSZAWA 1949

WYDAWNICTWO PAŃSTWOWEGO INSTYTUTU HISTORII SZTUKI

Pan Edward Chmielarczyk, em. nadradca skarbowy i żona jego z domu Janota, znali Olgę Boznańską od wczesnej jej młodości, gdyż od r. 1880. Ojciec pani Chmielarczykowej, Robert Janota pamięta ojca Olgi Adama Nowinę Boznańskiego z Wiednia, z czasu jego studiów na Politechnice. Wywiązała się przyjaźń między obu rodzinami, która przetrwała do zgonu obu córek Adama Boznańskiego, Olgi i Izy.

Państwo Chmielarczykowie z niezmierną cierpliwością zechcieli mi podać wszystkie szczegóły, które pamiętali z życia Olgi Boznańskiej Z powodu przytępionego słuchu pana Chmielarczyka było to nieco utrudnione, ale wtedy pomagała pani Chmielarczykowa (f 1947) i ułatwiała porozumienie. Dotarłam do pp. Chmielarczyków w związku z wystawą pośmiertną Olgi Boznańskiej w Krakowie w r. 1946 dla uzyskania foto-grafii i pozwolenia reprodukowania obrazów Boznańskiej, znajdujących się w ich posiadaniu. Wkrótce pozyskałam pełne zaufanie pp. Chmielarczyków, którzy nie tylko powierzyli mi swe wspomnienia, ale wy-dobyli też z biurka plik listów związanych z Olgą Boznańską. Wtedy to wystąpił Państw. Instytut Historii Sztuki w Warszawie, w osobach do-centa dra Aleksandra Gieysztora, docenta dra Stanisława Herbsta oraz dyrektora Instytutu prof. dra Xawerego Piwockiego, z inicjatywą ich wydania.

Listy te stanowią pierwszorzędne źródło do poznania życia i twórczości Olgi Boznańskiej. Nie dają one obrazu całego życia, gdyż dobór tych listów jest przypadkowy. P. Chmielarczyk mógł przechować tylko to, co dotarło do jego rąk, a więc jego własna korespondencja z Olgą i z siostrą jej Izą, oraz listy pisane przez Olgę do jej rodziców i do Julii Gradomskiej, jej przyjaciółki. Ostatni okres życia poznajemy z listów pana Jana Szymańskiego, radcy ambasady polskiej w Paryżu, który opiekował się Olgą Boznańską z ramienia rządu polskiego i dzielił się swymi spostrzeżeniami z panem Chmielarczykiem dla zorganizowania opieki nad Olgą.

P. Chmielarczyk skierował mnie również do dwu żyjących dziś w Krakowie przyjaciółek Olgi Boznańskiej, do pani Ireny Zbigniewiczowej z domu Serda i pani Joanny Getterowej z domu Seifman,

Uczucia wszystkich przyjaciół, mimo ich wieku, zachowały do dziś ciepło życia, nawet wobec śmierci Olgi Boznańskiej, która nastąpiła w r. 1940 w Paryżu. Mówili mi o życiu Olgi z niezmiernym wzruszeniem, a wszyscy zalecili mi zachowanie jak największej subtelności w jej sprawach a nawet dyskrecję. Nie wiem czy będą radzi, gdy ujawniam wszystkie wiadome mi szczegóły, ale nie czynię tego dla sensacji. Wydaje mi się, że poznanie całego tragizmu życia wielkiej artystki, tak bardzo osamotnionej, jest nieodzowne, by zrozumieć jej całkowite związanie ze sztuką, która stanowiła spełnienie jej żywota.

Wiadomości, które pochodzą od pp. Chmielarczyków odnoszą się do warunków życia Olgi Boznańskiej, do jej stosunków rodzinnych i przebiegu studiów. Wtajemniczeni we wszystkie sprawy życiowe, stanowili oni dla obu sióstr, przebywających od śmierci ojca w r. 1906 stale w Paryżu, punkt oparcia w kraju. Od śmierci ojca zajmował się też p. Chmielarczyk administracją domu w Krakowie przy ul. Wolskiej 21, który odziedziczyły po ojcu. Sprawa tej kamieniczki to osobny rozdział w materiałach do biografii Olgi Boznańskiej. W ostatnim zwłaszcza okresie jej życia, dom ten staje się coraz ważniejszy, gdy dochody z niego stanowią podstawę utrzymania obu sióstr w Paryżu. P. Chmielarczyk bezinteresownie całkowicie zajmuje się administracją domu, z czym wiążą się rozliczne kłopoty. Dom jest mały, lokatorowie nie płacą czynszu, wymaga wkładów, a obie siostry przysyłają z Paryża listy z naleganiem o pieniądze. Z jednej strony żądają pieniędzy, a równocześnie bez wiedzy p. Chmielarczyka, obniża pani Olga rozmaitym lokatorom czynsz. Szczegóły te wymagają obszerniejszego omówienia, niezbędne są jednak przy charakterystyce stosunku serdecznej przyjaźni, pełnej oddania, która znamionuje wszystkie poczynania pana Chmielarczyka w sprawach Olgi Boznańskiej.

Żywe po dziś dzień są również uczucia obu przyjaciółek pani Olgi jak i ich wspomnienia z lat młodzieńczych. Pani Joanna z Seifmanów Getterowa i Irena z Serdów Zbigniewiczowa, starsze o dwa lata od Olgi Boznańskiej, znały ją w latach jej studiów monachijskich i paryskich. Obie panie studiowały podówczas również malarstwo, doskonale- poinformowane w sprawach artystycznych Olgi, a ponadto żyjąc w tych samych środowiskach, zwracają uwagę na pewne odmienne warunki życia, które dla obecnego pokolenia muszą się wydać bardzo oddalone. Obie panie, które po dziś dzień zachowały pełną żywość umysłu i pamięć, patrzą z perspektywy swego długiego życia, w którym zaznały pełnię radości a także zawody kobiety, z tkliwym zrozumieniem na postać Olgi Boznańskiej. Wskazały mi one kilka momentów, cennych zwłaszcza do poznania psychologicznego podkładu twórczości wielkiej artystki.

P. Chmielarczyk skierował mnie również po materiały do Franciszka Mateusza Mączyńskiego (zm. 1947), znanego architekta w Krakowie i do pana Franciszka Xawerego Pusłowskiego, z którego ojcem Zygmuntem, Olga była serdecznie zaprzyjaźniona. Nazwiska obu panów powtarzają się zresztą kilkakrotnie w korespondencji Olgi Boznańskiej. Niestety nie ocalało nic z tej korespondencji, p. Franciszek Xawery Pusłowski oznaj­mił mi, że listy Olgi Boznańskiej do niego spłonęły w pożarze jego pałacu w Czarkowych, a p. Mączyński oświadczył, że nie posiada żad­nych listów Olgi, gdyż to raczej on do niej pisywał listy.

Olga Boznańska, Monachium

OLGA BOZNAŃSKA W SUKNI WIECZOROWEJ
W CZASIE POBYTU W MONACHIUM
Wł. p. Edwarda Chmielarczyka, Fot. z nat. Atelier Therese, Monachium

Strata listów Olgi Boznańskiej do «Sawy» Pusłowskiego jest niepo­wetowaną. Znając jego zrozumienie dla sztuki i mecenasostwo, musiała się zapewne w listach do niego w sprawach artystycznych bliżej wypo­wiadać niż czyniła to w listach do rodziny i przyjaciółki.

Cały niemal materiał, prócz kilku listów Olgi Boznańskiej pisanych do Feliksa Jasieńskiego (dziś w Muzeum Narodowym w Krakowie), po­chodzą od p. Chmielarczyka. Układ ich za radą Kazimierza Wyki, jest ściśle chronologiczny, dzieli się na dwie części. Pierwsza część zawiera listy Olgi Boznańskiej do rodziców, siostry i przyjaciół, w drugiej części mieszczą się listy, w których o niej jest mowa. Odnoszą się one zwła­szcza do młodzieńczego okresu jej życia, oraz do ostatnich lat.

Z przyjaciół na specjalne wyróżnienie zasługuje postać Julii Gradomskiej, z którą Olga znała się w najdawniejszych swych latach młodzień­czych w Krakowie. Julia Gradomska musiała być kobietą o nieprzeciętnych zaletach serca i z wielkim poczuciem taktu, skoro przez całe życie umiała zachować przyjaźń z obu siostrami i posiadać ich całkowite zaufanie. Nie była to sprawa łatwa, gdy zważy się usposobienie obu sióstr i tragizm życia Izy Boznańskiej. Młodsza od Olgi o trzy lata Iza, już w latach młodości załamuje się i zdradza nawet niepokojące oznaki choroby nerwowej. (Zachowany list wuja obu sióstr p. W. Czernuszaka do Olgi z r. 1888 zawiera wyraźne aluzje).

Iza Boznańska posiadała wybitne zdolności muzyczne, a rodzice dali jej na równi z Olgą wszystkie warunki kształcenia się również zagranicą. P. Chmielarczyk pamięta, że Paderewski w czasie pobytu w Zakopanem, wyraził się pochlebnie o grze Izy. Iza nawet koncertowała, ale jakieś niepowodzenie zagranicą, podobno zbyt ostra krytyka na popisie uczniowskim, zniechęciła ją całkowicie. Uraz ten napotkał niewątpliwie na odpowiedni podkład nerwowy i biedna Iza nigdy w życiu nie zaznała spokoju i zadowolenia. Z listów Olgi do Julii dowiadujemy się zresztą dokładnie, że Iza przebywała w sanatorium dla nerwowo chorych celem leczenia histerii. Wzruszający mimo wszystko jest stosunek Izy do Olgi. Obie siostry nie mogąc żyć obok siebie, kochały się nawzajem, a Iza daje nawet dowody tego w ostatnich latach, oszczędzając, by kupować obrazy Olgi dla dostarczenia jej niezbędnych pieniędzy.

Zostawmy rozpatrywanie stosunku obu sióstr, obojętne są wszystkie detale. Pani Zbigniewiczowa pamięta, że już w młodości Iza była nieznośna i zazdrościła powodzenia siostrze, niewątpliwie musiała ona być niezmiernie trudną w pożyciu. Zachowane jej listy do p. Chmielarczyka i do Julii Gradomskiej mówią zresztą najlepiej o niej samej i jej uczuciach do Olgi.

Olga Boznańska, Monachium

OLGA BOZNAŃSKA W STROJU JAPOŃSKIM W CZASIE POBYTU W MONACHIUM
Fot. Z nat. Holzer, Monachium, Wł. p. Ireny Zbigniewiczowej

 Spotykamy w nich słowa niekiedy nawet złośliwe, niechętne, a jednak często zabarwione serdecznym uczuciem. Stosunek Izy do Olgi to jeden z tragicznych momentów w życiu Olgi, który najbardziej przejmującą formę przybrał w latach późniejszych.

Samobójstwo Izy i jego okoliczności wstrząsnęły Olgą do głębi (Listy Jana Szymańskiego). W ostatnim okresie życia Olga odsunęła się od siostry, zamknęła się w sobie i nie znosiła na długo jej obecności. Nie można jednak z tego powodu czynić zarzutów pani Oldze, ani pomawiać o oschłość serca. Niestety Iza zachowaniem swoim zbyt często drażniła siostrę, zwłaszcza jej pociąg do alkoholu, a nawet do innych narkotyków, powodowały, że Olga coraz to bardziej oddalała się wewnętrznie od nieszczęsnej siostry, zamykając się całkowicie w kręgu swej sztuki.

Dzieciństwo i młodość obu sióstr upłynęły w pogodnej atmosferze domu rodzicielskiego. Adam Gustaw Nowina Boznański ur. 1838 r. w Krakowie, matka jego Eleonora z domu Rozłucka (ur. 24. XII. 1809 — 17. XI. 1892). Adam Boznański brał udział w powstaniu 1863 r., po czym wyjechał zagranicę, studia ukończył na politechnice w Wiedniu, by je uzupełnić we Francji. W Paryżu poznał swą żonę Eugenię Mondan (ur. 8. VI. 1832 w Valences, zm. 17. XI. 1892) Francuzkę, z rodziny, w której znajdowali się i artyści. Kuzyn jej Daniel Mordant był w Paryżu pod koniec XIX w. cenionym grafikiem. Z listów monachijskich Olgi wynika, że z rodziną tą utrzymywała bliższe stosunki, a nawet umieściła u nich w Paryżu swą przyjaciółkę Irenę Serda na mieszkaniu.

Ojciec Olgi, Adam Nowina Boznański był człowiekiem głęboko kulturalnym, skłonności do sztuki odziedziczyła jednak Olga po matce. Aliaż krwi francuskiej i polskiej już nieraz okazał się dla sztuki polskiej niezmiernie szczęśliwym. P. Chmielarczyk przechowuje kilka rysunków Eugenii Boznańskiej, które nie wykraczają jednak poza pewną poprawność. Rysunki te w duchu akademickim jakiegoś Ary Scheffera nie świadczą o większym talencie matki. Należało podówczas do dobrego tonu, by panienki uczyć rysunków, więc i jej zdolności artystycznych nie należy zbytnio przeceniać. Jedno jest pewne, Olga w czasie studiów znajdowała większe zrozumienie u matki, liczyła na jej pomoc, gdy chciała przekonać ojca o słuszności swego zdania w sprawie studiów. Lecz i ojciec był głęboko zatroskany o właściwy kierunek jej nauki.

W r. 1872/73 przyjechali państwo Boznańscy do Krakowa na stałe. Pan Adam otworzył biuro cywilnego inżyniera i zaczął się okres pewnej zamożności, która zapewniła obu córkom, Oldze i Izie zupełną swobodę w kształceniu się. Atmosfera w domu rodzinnym niewątpliwie przyczyniła się do rozwoju talentu obu córek. Z korespondencji wynika, jak trafne były relacje światowe domu Boznańskich. Ignacy Paderewski należał do grona ich znajomych, nie mówiąc o znajomościach w sferach malarskich. Talent Olgi spostrzegli rodzice wcześnie i traktują go od razu poważnie, skoro kilkunastoletnią panienkę posyłają na naukę do Kazimierza Pochwalskiego. Pierwszą więc naukę pobierała u artysty o ustalonym w oficjalnych sferach nazwisku.

Szkoły artystyczne, jak i inne szkoły wyższe, były podówczas dla kobiet zamknięte. Istniał jednak w Krakowie przy Klubie Malarzy kurs dla pań. P. Zbigniewiczowa uczęszczała na ten kurs, pamięta jeszcze nazwiska Antoniego Piotrowskiego i Dyrdonia jako nauczycieli malarstwa, innych już nie pamięta. Historię sztuki wykładał z dużym powodzeniem Konstanty Górski i na te wykłady przychodziła również Olga Boznańska.

Malarstwo studiowała jednak Olga na kursach Baranieckiego, Olga pracowała wiele, p. Zbigniewiczowa pamięta portret jej ojca oraz inne prace, które Olga zaczynała już wówczas wystawiać, co prawda dość rzadko.

Olga Boznańska, Monachium

PRACOWNIA OLGI BOZNAŃSKIEJ W MONACHIUM
(Olga stoi obok portretu Józefa Czajkowskiego)
Wł. p. Ireny Zbigniewiczowej, Fot. z nat.

 P. Chmielarczyk pamięta Olgę z tych lat jako miłą i wesołą panienkę, która mając 16 lat podkochiwała się w docencie Drobiu, sekretarzu profesora Tarnowskiego. Drobia zainteresowany zresztą inną panną, zmarł przedwcześnie.

Wzmianka p. Chmielarczyka o uczuciach dziewczęcych Olgi jest o tyle znamienna, że mówi o jej zwyczajnym dla młodej panienki usposobieniu. Wychowanie jednak i wpływ matki, która odsuwała córki od życia światowego zaciążyły fatalnie na dalszym kształtowaniu się psychiki Olgi. Obie jej przyjaciółki mówią zgodnie o specyficznej atmosferze tych lat, która skazywała młode panny na zacisze domu rodzinnego. Atmosfera miłości rodzicielskiej, przesiąknięta zbytnim sentymentalizmem i czułostkowością nie dawała dostatecznego przygotowania do życia.

Rodzice zadecydowali jednak o studiach zagranicznych Olgi. Wchodziły dwa miasta w rachubę, Monachium i Paryż. Poza utartym dla ówczesnych artystów polskich szlakiem do Monachium, Paryż w pojęciu Adama Boznańskiego, był dla młodej panny zbyt niebezpieczny. Wyjazd młodej Olgi do Monachium w październiku 1886, gdy miała lat dwadzieścia jeden, świadczy jednak o dużej postępowości jej rodziców.

Okres studiów monachijskich, tak bardzo znamienny dla jej twórczości odzwierciedla się w pełni, w jej listach oraz w wypowiedziach obu przyjaciółek. Boznańska z właściwym sobie uporem twierdziła przez całe życie, że malować nauczyła się w Monachium. Powtarzała to wszystkim i bardzo się zdziwiła, gdy w rozmowie z nią malarstwo jej łączyłam z impresjonizmem.

Młoda panna przybyła do Monachium, gdzie nie mogła uczęszczać do Akademii Sztuk Pięknych. Fakt ten podkreśla z całym naciskiem pani Getterowa. Oldze nie pozostało więc nic innego jak uczęszczanie do prywatnej szkoły malarskiej. Wiemy, że uczyła się u malarzy Kricheldorfa, Dürra i Nauena.

O nauce u Kricheldorfa mówią zachowane listy Olgi do ojca i matki. Zdumiewają one świadomością młodej adeptki malarstwa. W przeciwieństwie do Pankiewicza zastanawia nas twórczość Boznańskiej siłą swej intuicji. Korespondencja jej z rodzicami - bezpośrednie notowanie wrażeń i przeżyć ukazuje, że niewątpliwa intuicja artystki posiadała podkład w uświadomieniu dążeń. Nie było w tym nic z oschłości teoretyzowania czy spekulacji mózgowej, tak częstej u różnych modernistów. Wypowiedzi Olgi Boznańskiej na temat jej sztuki należą do rzadkości. P. Getterowa twierdzi, że nie znosiła ona rozważań o sztuce, wierząc w podświadomość i intuicję.

Olga Boznańska przyjechała do Monachium z zarodkiem własnego światopoglądu malarskiego, wiedziała czego żądać od swych nauczycieli, co brać z dzieł dawnych mistrzów i jak patrzeć na malarstwo sobie współczesne. Rozwiązuje to też zagadkę, dlaczego «Monachium» nie zaszkodziło jej malarstwu. Wyjaśnia nam też przyczynę przynależności jej do wielkiego malarstwa europejskiego.

Olga Boznańska wstąpiła, jak sama do kogoś powiedziała «do pracowni Karola Kricheldorfa, który jest uczniem bardzo dzielnego malarza Löfftza, a tenże uczniem Leibla. W ten sposób mogę śmiało powiedzieć, że wszyscy trzej mię uczyli. Leibl, cóż to za piękny i silny malarz...».

Leibl należy niewątpliwie do najlepszych malarzy niemieckich XIX wieku, jego realizm posiadał czyste walory malarskie, które zawdzięczał wpływom Courbeta. Courbet jeszcze w okresie swych walk na terenie Paryża, gdy tam napotykał na opory, wystawiał w Niemczech. Po raz pierwszy wystawił w r. 1853, spotykając entuzjastyczne przyjęcie i zrozumienie. W r. 1858 pojechał po raz drugi do Niemiec i nawet tam malował. W r. 1869 dostał na wystawie w Monachium od-rębną salę. Wszystko to nie pozostało bez wpływu na malarstwo niemieckie, przynajmniej na pewien jego odłam. Dla nas wiąże się wspomnienie Monachium często z czymś ujemnym, akademicki naturalizm połączony z tematem, literaturą, którą uprawiało tyle pomniejszych artystów polskich, wychowanych w Akademii monachijskiej. Ale i w Monachium można było dotrzeć do istotnych dla malarstwa europejskiego zagadnień. Boznańska natrafiła wcześnie na najlepsze drogi francuskiego malarstwa XIX wieku, właśnie w Monachium.

Stosunek uczennicy do nauczyciela charakteryzują jej własne słowa. Niebawem po rozpoczęciu studiów, gdyż 20. III. 1887 pisze do ojca . . . «dałam jednak w szkole do zrozumienia, że jeżeli nie będę mogła coś porządnie wykończyć, ażeby wysłać do Krakowa, to będę musiała opuścić szkołę ».

Stosunek uczennicy do malarstwa jej nauczyciela był zdecydowanie krytyczny, nie ceniła ona obrazów Kricheldorfa, uznając w nim jedynie dobrego nauczyciela. Sama zwraca się do niego z prośbą, by okazywał jej surowość i wymagał wiele od jej malarstwa (list do Matki 29. III. 1887). Równocześnie zdradza pewne zniecierpliwienie, wynikające z zależności jej od nauczyciela, od współuczni. Pisze w tym samym liście. «Jest to wielka wada dla mnie, że muszę się tak stosować do drugich, ale cóż mam robić? Tak długo jak się uczę, muszę być zależną, może ma i to swoje dobre strony, ale dla mnie jest bardzo trudno wszystko razem pogodzić».

Olga Boznańska ma lat dwadzieścia dwa, jest młodą, pełną życia, bywa wiele w towarzystwach, wszędzie lubiana, gdy powiada «...żyję całą duszą malarstwem». Kiedy indziej pisze «...nigdy nie jestem tak wesoła i kontenta, jak wtedy kiedy pracuję» (List nr 2). Do matki pisze (29. III. 1887). «...Wiem tylko, że czynię cały mój wysiłek, aby dobrze malować i cała moja radość, całe moje szczęście tutaj wynika z przeświadczenia, że czynię postępy...».

Pracuje ustawicznie nad sobą, często niezadowolona z postępu swych prac. Sama czyni sobie wyrzuty, wątpi czy jej zdolności wystarczają, widzi swoją «głupotę». Odwagi dodają jej słowa Brandta, który interesuje się rozwojem młodej malarki. Olga Boznańska zresztą sama konferuje z ojcem listownie nad stanem swych studiów z obiektywizmem, jakby tu chodziło o pracę innej osoby, a nie własnej.

Nie łatwo przychodzi jej przekonać ojca, że studia w Monachium są dla jej rozwoju nieodzowne. Liczy głównie na pomoc matki, którą wyraźnie o to prosi. Ale ojciec niepokoi się ustawicznie o swą córkę, wszczyna alarm, gdy gazety podają wiadomość o wypadkach cholery w Niemczech. Olga pisze o tym nie bez pewnej ironii do siostry. Zależy jej przede wszystkim na możności studiowania. Z całą świadomością zdaje sobie sprawę, że studia te są dla niej niezbędne, a w Krakowie, do którego ojciec ustawicznie ją wzywa, nie może znaleźć odpowiednich warunków rozwoju. Zapał do pracy, przeświadczenie o ustawicznej potrzebie doskonalenia się wzrasta. W r. 1892 wypowiada w liście do ojca co myśli o Krakowie. Pragnie ojca wyrwać z atmosfery Krakowa; «...która powoli zdziera całą energię i indywidualność każdego człowieka, który tam przebywa. To się dopiero czuje poza jego murami...».

Trzeba sobie uzmysłowić atmosferę artystyczną Krakowa tych lat, przemożny wpływ Matejki, czas, w którym echa impresjonizmu do Krakowa jeszcze nie dotarły, stąd zrozumiałe wydają się nam jej słowa, gdy pisze «...o straszliwym letargu w Krakowie».

Krytycyzm wrodzony nie przeszkadza jej zobaczyć też postępy w doskonaleniu się. Znamienny jest jej list do matki z 20. III. 1887, zdradza on nam wyraźnie, że Olga wtedy już posiadała swe własne założenia malarskie. Wypowiada zadowolenie z postępu swego malarstwa w ciągu ostatniego roku, mimo, że zarzucają jej zbytnią predylekcję do koloru («seulement j'aime trop la couleur, cest ce qu'on me dit souvent»). W Krakowie nie podobają się przysłane z Monachium obrazy Olgi, Głowa dziewczynki i kobiety z fichu. Artystka natomiast zdaje sobie sprawę, że barwa stanowi o wartości tych obrazów, które podobały się zresztą Wieruszowi Kowalskiemu i Wacławowi Szymanowskiemu.

W r. 1887 uświadamia sobie, że obrazy jej «są nieco szare i nie mają tego koloru, który się podoba w Krakowie». Dalej pisze «...Jest to zresztą manierą monachijską, widzieć wszystko nieco na szaro, ale znajduję w tym urok tutejszych obrazów». Widzi, że obrazom jej brak siły i energii, które chce odnaleźć, a wtedy wie, że będzie dobrze pracować.

Nauczyciel jej Kricheldorf od razu określił rodzaj jej talentu i kierunek dążeń. Ustalając go, czynił jej zapewne w ten sposób zarzut, ale Olga pisze spokojnie do matki «Mam więcej zdolności w kierunku koloru niż formy».

Cała późniejsza twórczość Olgi Boznańskiej rozwinęła się w kręgu tych problemów. Olga Boznańska posiadała mimo momentów wahań, w których nawiedzały ją zwątpienia, przeświadczenie o własnych możliwościach i wiarę w swój talent. Znajdowała zewsząd słowa uznania, przede wszystkim u artystów polskich. W r. 1892 pisze do Izy «...p. Szymanowski mówi mi, że muszę malować portret,... przekonuje mnie, że posiadam ogromny talent, powtórzył to dwukrotnie i mówi mi, że wszyscy tutaj malarze interesują się wiele moimi pracami».

Lecz równocześnie dochodzi u Olgi tragiczny akcent do wyrazu. W tym samym liście do Izy odzywa się «...ale jeśli pomyślę, że ja muszę w tej samej pozycji nieustannie i nieustannie malować, jest to zanadto smutne».

Pobyt w pracowni Kricheldorfa trwał dwa lata. Boznańska od początku swej nauki krytycznie usposobiona do jego własnego malarstwa, jeszcze ciągle chciała się doskonalić. Po wyjazdach do Krakowa, powraca jednak do Monachium, gdzie z pewnymi przerwami pozostaje do r. 1897. Przebywa wiele w galeriach monachijskich, gdzie studiuje malarstwo dawnych mistrzów i kopiuje ich obrazy. Przywiązuje do tego duże znaczenie.

Olga Boznańska, Paweł Nauen

PAWEŁ NAUEN: PORTRET OLGI BOZNAŃSKIEJ
obr. ol., Fot. z obr. (wł. p. Edw. Chmielarczyka)

Po nauce u Kricheldorfa, Boznańska uczęszcza jakiś czas do prywatnej szkoły malarskiej Dürra i wedle relacji p. Getterowej miała go wielbić. Dürr jednak w malarstwie niemieckim pozostał tylko zapowiedzią niespełnioną, gdyż złamała go przedwcześnie choroba.

Przyjaźń osobista wywiązała się natomiast z trzecim nauczycielem monachijskim, malarzem Nauenem. Portret Nauena malowany w r. 1893 przez Boznańską, otrzymuje na wystawie w Wiedniu 1893 r. złoty medal. Różny stylistycznie od późniejszych prac Boznańskiej (dziś w Muzeum Narodowym w Krakowie) obraz ten zdumiewa doskonałością kolorytu i faktury.

W papierach p. Chmielarczyka odnalazła się fotografia portretu Boznańskiej, malowanego w tym samym czasie przez Nauena. Wykazuje cna naocznie wyższość malarstwa młodej artystki nad obrazem jej nauczyciela, nie tylko przez stopień umiejętności, ale i konsekwencję założeń.

Z Monachium wyjeżdżała Boznańska do Wiednia na studia w muzeach. Przez pół roku przebywała też w Berlinie (ustna relacja p. Chmielarczyka), a co ważniejsze wyjeżdżała z Monachium do Paryża. Wiadomość o tym nieznanym szczególe zawdzięczam obu przyjaciółkom pani Olgi. «Tatuś», powiada Joanna Getterowa, «długo nie pozwalał córce na wyjazd do Paryża». Dokładnego roku nie pamiętają obie panie, wiążą go jednak z wielkim pożarem kina, w którym spłonęło wiele ludzi, a wśród nich siostra cesarzowej austriackiej. Olga pojechała ze swą koleżanką Ireną Serda (późniejszą p. Zbigniewiczową), którą umieściła u swej rodziny, artysty grafika Daniela Mordant. Sama zamieszkała w hotelu na Montparnassie. Po tym pobycie w Paryżu wróciła Boznańska jeszcze do Monachium.

Wspomnienia obu przyjaciółek z pierwszego pobytu Olgi w Paryżu są bardzo interesujące. Pani Zbigniewiczową zapytana przeze mnie, czy może pamięta, co wtedy w Paryżu na nich zrobiło wrażenie, odpowiada, że Boznańska przejęła się ogromnie Velasquezem, którego uwielbiała i dodała po pewnej przerwie, w której pamięć jej widocznie bardzo pracowała «...i Carriere'em».

Te wspomnienia przyjaciółek wyjaśniają wiele. Studiowanie Velasąueza, co Boznańska zaleciła swej przyjaciółce (p. Irena kopiowała go wtedy w Luwrze), odezwie się u Boznańskiej po latach. Nie znając tego szczegółu, odnalazłam związek malarstwa Boznańskiej z Velasquezem («Twórczość» 1946, nr 3).

Joanna Getterowa pamięta, że Olga kopiowała wtedy obraz Andrea del Sarto. Wie zaś dokładnie, że Boznańska poszła do Carriere'a i chciała uczęszczać do jego pracowni. Carriere po zapoznaniu się z jej pracami, uznał je za dojrzałe, a dalszą naukę za niepotrzebną.

Porównanie obrazów Carriere'a i Boznańskiej, wykaże, że właściwa im obojgu dematerializacja postaci i zanurzanie w mgle szarych tonów, w istocie swej pokrewne, różni się jednak sposobem przeprowadzenia założeń. Zresztą już w Monachium, w pierwszym roku swych studiów, malowała Boznańska w szarych tonach.

Listy Olgi do domu, do rodziców i do siostry odnoszą się do wielu spraw. Niekiedy pełne niefrasobliwej pogody, mówią o drobnych wydarzeniach życia w Monachium, zdradzają nawet troskę o ubiór własny, pełne też są serdecznej troskliwości o zdrowie matki. Oddalona od domu córka pamięta, czy matka posiada ciepłe odzienie, kalosze. Z oddali też opiekuje się młodszą od siebie Izią, interesuje się przebiegiem jej studiów, niepokoi o jej powodzenie, i widocznie, znając jej kapryśne usposobienie, doradza matce w jednym z listów fason sukni dla Izy, by usunąć powód przypuszczalnego nieporozumienia między obu paniami.

Na ogół też panuje w listach Olgi z Monachium przy dominującej trosce o rozwój jej malarstwa, ton niefrasobliwie młodzieńczy. Z jakim humorem opisuje wyczyny towarzyskie malarza Piotrowskiego, to znów przechwala się podbojem jakiegoś starszego pana. Przychodzą jednak i inne akcenty do wyrazu.

Wedle relacji obu przyjaciółek mieszkała Olga w Monachium zrazu na pensji Ouistorp, co zresztą wynika też z treści listów. Później jednak posiadała Olga swą własną pracownię przy Theresienstrasse i w ostatnim czasie swego pobytu w Monachium pracowała samodzielnie, rezygnując z dalszej nauki u innych malarzy.

Artystka żyła wiele w towarzystwie polskim, wtedy tak bardzo licznym w Monachium. W listach jej powtarzają się nazwiska państwa Brandtów, Szymanowskiego i Wieruszów Kowalskich. Wedle relacji pani Zbigniewiczowej, ton całemu towarzystwu polskiemu nadawał dom państwa Wieruszów Kowalskich. W salonie ich wisiał obraz «Napad wilków». Odbywały się u nich często zebrania towarzyskie. W pamięci pani Zbigniewiczowej utkwiła jakaś szczególnie ładna zabawa. Z towarzystwa polskiego w Monachium pamięta ponadto jeszcze poetę Przesmyckiego i jego brata, który grał na fortepianie, Warskiego, Studzińskiego i Józefa Czajkowskiego.

Poza tym bywała Olga Boznańska wiele w towarzystwie Niemców a zwłaszcza Amerykanów i wtedy już biegle władała językiem angielskim. W tym zresztą języku pisywała listy do Izy.

W towarzystwach tych była powszechnie lubianą, nazywano ją «kleines Bóschen», mimo jej niezwykłej indywidualności, której młoda artystka nie umiała już ukryć. Pani Getterowa podnosi jej wykwint prawdziwej damy, powagę i nieustępliwość w poglądach. Powszechnie interesowano się jej pracami, widać to także z listu Amerykanki Nicol do Izy.

Artystka malowała podówczas wiele, wystawiała w Krakowie, w Berlinie, we Wiedniu. Malowała na zamówienie, także i Amerykanów. Pani Zbigniewiczową przypomina sobie wiele portretów dzieci. Jeden portret malowała Boznańska długo, ale mimo to nie robił obraz wrażenia czegoś «wymęczonego».

Już w r. 1887 wystawiała stale w Monachium, opłacając w «Lokal ausstellung» sumę sześciu marek półrocznie za prawo wystawiania obrazów. Bierze też udział w wielkich wystawach oficjalnych. Wysyła również stale na ręce rodziców obrazy i rysunki do Krakowa na wystawy. W latach 1892—1893 wystawia w Berlinie i we Wiedniu, nazwisko jej posiada już dobre brzmienie, jest znane.

Wszystko to wyczytać można w jej listach, a nawet więcej. Już w r. 1887 pojawia się w jej liście do matki wzmianka o smutku, który nie pozwolił napisać listu do matki, aby jej również nie zasmucać. Wzmianka jakby na marginesie, nie wzbudziłaby uwagi, gdyby smutek ten nie miał się w przyszłości potęgować i wreszcie zaciążyć nad całym jej życiem.

Znamienne też są wypowiedzi obu przyjaciółek, zdanie p. Chmielarczyka, powierzone mi niezależnie od nich, niewątpliwie szczere i prawdziwe. Pochodzą z ust ludzi, którzy przeszli przez życie i zasługują na pełny szacunek, jak i też samo ich uczucia przyjaźni dla Olgi Boznańskiej.

Pani Joanna Getterowa, kobieta o dużym rozsądku życiowym, sama artystka i żona rzeźbiarza, przywiązuje dziś wielką wagę do spraw duchowych i ona właśnie zwróciła specjalnie uwagę na atmosferę, w której żyła i wychowywała się Boznańska. Specyficzne warunki życiowe tych lat, wytwarzały dla kobiet możliwości tak odrębne, że dzisiejsza kobieta nie łatwo zdoła je zrozumieć. Dlatego też w tym czasie tyle kobiet złamanych, zawiedzionych i niezrozumiałych (jako dopełnienie tej charakterystyki posłuży list Julii do Olgi z r. 1884. (Nr 51). Wytłumaczenie tych niespełnionych tęsknot kobiety XIX wieku może nam dać lektura pamiętników Eleonory Duse, jak sądzi p. Getterowa, która wyszła z atmosfery tamtych lat i zarazem umiała świetnie zrozumieć ducha nowych czasów.

W domu państwa Boznańskich atmosfera była szczególnie przeczulona i to z winy matki, która córki wprost izolowała od otoczenia. Stąd też przy wszystkich zaletach Olgi, jej «złotym sercu», wcześnie już spotyka się u niej pewne objawy wprost dziwaczne.

Potwierdza to również pani Zbigniewiczową, a zdanie jej również zasługuje na uwagę (sama jest malarką, dziś wdowa po wybitnym lekarzu, która na sprawy życiowe ma zdrowe i proste spojrzenie). P. Zbigniewiczową stwierdza, że Olga miała w niejednym dziwaczne pojęcia. Małżeństwo uważała za okrucieństwo fizyczne dla kobiety, dla kobiet brzemiennych miała wstręt (wspomnienie pani Getterowej). W ogóle była artystka osobą bardzo przewrażliwioną. Gdy razu pewnego w czasie wycieczki nad Izarą, dowiedziały się o utonięciu jakiegoś chłopaka, było to dla Boznańskiej straszliwym przejściem, wręcz tragedią. W ogóle była bardzo wrażliwą, miała pewien uraz, ustawicznie bała się spotkania z ...katem, o czym często mówiła i dlatego nawet nie jeździła tramwajem. Widocznie często o tym mówiła, bo jeszcze dziś powiada pani Zbigniewiczową z uśmiechem «...dlaczegóż ja miałam się tym przejąć».

Nadmiernym jest też np. zirytowanie Olgi nagabywaniem jej przez nieznajomego artystę na wystawie w Monachium, o czym donosi Izi. Niewątpliwie przygoda, którą likwiduje się wzruszeniem ramion lub uśmiechem, poruszyła Olgę jak jakieś ważne wydarzenie.

 

Olga Boznańska, Monachium

OLGA BOZNAŃSKA NA TLE SWEJ PRACOWNI W MONACHIUM
obok po prawej portret Amerykanki, który artystka podówczas malowała
Wł. Joanny z Seifmanów Getterowej, Fot. z nat.

Z tym wszystkim nie różniło się życie Olgi Boznańskiej w Monachium wiele od życia jej przyjaciółek. Nawet o dziedzinie uczuciowej, mają wspomnienia jej przyjaciół coś do powiedzenia. Pan Chmielarczyk i obie przyjaciółki zgodnie wyrażają się pochlebnie o jej wyglądzie. Pociągająco przedstawia się jej powierzchowność na portrecie Nauena, którego reprodukcję załączam. Współcześni mówią o żywszej sympatii między Olgą a jej nauczycielem Nauenem. Czy odpowiadało to prawdzie?

Więcej jeszcze mówi się o uczuciach Olgi do Józefa Czajkowskiego, malarza. Obie przyjaciółki zgodnie to potwierdzają, w kółku towarzyskim polskim w Monachium uchodzili oboje za zakochanych. Uczucie to było widocznie sprawą poważną, co jednak między nimi zaszło, nie wiadomo nikomu. Pani Zbigniewiczową pamięta portret Czajkowskiego malowany przez Olgę, znalazła nawet fotografię wnętrza pracowni monachijskiej z Olgą na pierwszym planie, a wśród porozstawianych obrazów widoczny jest w głębi portret Czajkowskiego. Z portretem tym nie rozstawała się Olga długo, Xawery Dunikowski pamięta, że jeździła z nim stale i jeszcze w czasie tamtej wojny widział go u niej w Paryżu.

Nie tylko z kobiecej ciekawości szukałam w życiu Boznańskiej przejawów jakiegoś uczucia, wydaje mi się, że zagadka jej tak tajemniczej osobowości zaciążyła niemało na jej sztuce. Jej osamotnienie w życiu wynika niewątpliwie z psychicznych pobudek. Wskazał na nie architekt Mączyński, serdecznie zaprzyjaźniony z wielką artystką. Imię jego powtarza się zresztą często w jej listach, a także i niewyjaśniony dotąd «Fal.» (zachowała się jedna tajemnicza kartka z jego podpisem do pani Olgi, pozwalająca snuć domysły serdeczniejszych uczuć). Skoro jednak współcześni umieli uszanować tajemnicę życia Olgi Boznańskiej, a sama artystka postępowaniem swoim nie dostarczała tematów do rozmów, i my uszanować musimy jej sprawy czysto osobiste.

W zaraniu młodości Boznańskiej tkwi zawiązek tragedii jej życia. Tym bardziej podziwiać należy siłę jej woli, która pozwoliła jej iść obraną drogą artystyczną, wiedziona ponadto nieomylną intuicją. Góruje nade wszystko jej szlachetność i dobroć serca, która opromieniała wszystkie jej dziwactwa i zamiłowania, potęgujące się z wiekiem. Niezliczone historie, które sobie opowiadano, urosły już do legendy. Wspomniałam o nich w studium związanym z wystawą pośmiertną w Krakowie («Twórczość» 1946, nr 3) odżywają też one w pięknym artykule Gerżabka («Głos Plastyków», roczn. VII, nr 2).

Od roku 1898 zamieszkała Olga Boznańska na stałe w Paryżu. Wiadomości do tego okresu jej życia do r. 1910 a właściwie 1920 r. zawarte są tylko w kilku jej listach oraz w wypowiedziach, zresztą bardzo skąpych, przyjaciół. Życie Olgi Boznańskiej na zewnątrz nie przyniesie aż do jego końca zasadniczych zmian. Na świecie będzie się toczyć wojna, następują zmiany polityczne, malarstwo europejskie przeżywa jeden ze swych najbujniejszych okresów. Coraz to pojawiają się nowe kierunki i hasła, nazwiska artystów, dokonują się przemiany podstaw kształtowania, by wywoływać na szerszej arenie zdumienie, protesty, a również podziw. Wszystko to jednak nie dociera do świadomości Olgi Boznańskiej. Żyje ona w zaciszu swej pracowni, ważne są tylko przemiany, które dokonują się wewnątrz niej samej. One to decydują jedynie o obliczu jej sztuki. Na fakt ten można by przytoczyć dziesiątki opowieści i historyjek, najbardziej bezpośrednim dokumentem są jednak jej własne listy.

Niebawem po swym przybyciu do Paryża, urządziła na Montmartrze wystawę swych obrazów. Sama siedziała przy kasie i sprzedawała bilety. Wystawa ta miała mieć powodzenie i spowodowała korzystne recenzje. (Wspomnienia p. Getterowej).

P. Chmielarczyk mówi jeszcze o jej nauce u Puvis de Chavannes'a, czym stara się wytłumaczyć zamglenie postaci w jej obrazach. Nauka u tego artysty i zetknięcie się z jego malarstwem nie mogły jednak już zadecydować o ustaleniu się oblicza artystycznego Olgi Boznańskiej. Przyjechała bowiem do Paryża z ustalonym światopoglądem malarskim i pracowała tylko nad udoskonaleniem swych środków wyrazu.

Olga Boznańska

OLGA BOZNAŃSKA
Fot. z nat. K. Żelechowski, Kraków, Wł. p. Edw. Chmielarczyka

W Paryżu czuje się świetnie. Żywo i barwnie przedstawia w liście do przyjaciółki swej Julii Gradomskiej wszystkie zalety życia w Paryżu. Sama w nim jednak udziału nie bierze, przejęta sprawami swego malarstwa. Nie wypowiada jednak żadnych sformułowań teoretycznych. Zachowane listy skierowane są do Julii, do najbliższej jej istoty. Pisze do niej szczerze, odkrywa swe myśli i uczucia, ale być może, nie uważa jej za osobę zdolną do zrozumienia jej zmagań. Julia Gradomska jest w tym czasie nauczycielką w domach zamożnych ziemian i być może dość oddaloną od spraw malarstwa. Z listów tych dowiadujemy się, co Boznańska w tym czasie malowała, o jej wystawach w Paryżu, o zakupach, a przede wszystkim interesują wypowiedzi pani Olgi o jej własnych obrazach. Maluje wiele, zresztą całe jej życie jest ustawiczną, nieustanną pracą. «...Maluję, maluję i ledwie widać, że pracuję przy portretach, tak leniwie postępują one. Tyle, tyle pracy w każdym z nich». (Z Listu do Julii 24. II. 1906).

Istotne jej pragnienie stanowi malarstwo, jemu poświęca wszystkie swe siły i starania. Maluje przede wszystkim portrety i to wiele na zamówienie, jak portret p. Taljańskiego z Warszawy i malarza Gotlieba z Krakowa. Maluje też portrety pianisty Radwana, Francuza p. Saulnier Ciołkowskiego, p. Kożniewską, malarkę z Warszawy i właścicielkę domu w którym Boznańska mieszkała, Francuzkę, 85-letnią starowinkę. Robi też na zamówienie portret jednorocznego chłopczyka pastelem. Maluje swój autoportret w lustrze w r. 1906, który zakupuje do swych zbiorów Feliks Jasieński, jak i portret jego samego. Z listów do Jasieńskiego dowiadujemy się o portrecie Uznańskiego, Wnętrze i Pejzaż, o portrecie Matusińskiego, a przede wszystkim o portrecie siostry artystki. Donosi też Julii, że ładna p. Robillard jej pozuje, jak i też p. Libaude, p. Roche, p. Kraszewska i Sara...

Swój więc pobyt w Paryżu zainicjowała Boznańska wystawą na Montmartrze. Wkrótce już, gdyż w r. 1908 wstęp do katalogu jej wystawy pisze konserwator Muzeum Luxemburskiego Leonce Benedite, poważna osobistość, autor dziejów malarstwa francuskiego XIX w. Do zbiorów Luxemburgu zakupiono z tej wystawy obrazy. Obrazy zakupuje Muzeum Narodowe w Krakowie, jego dyrektor Feliks Kopera wiezie zakupione dzieła do kraju, przywozi też obrazy, które zakupił Feliks Jasieński do swych zbiorów.

Boznańska wystawia też razem z Towarzystwem «Sztuka», pisze o tym do Feliksa Jasieńskiego w r. 1906. Z wystaw zagranicznych wymienić należy Berlińską w r. 1907, w r. 1908 wystawia sześć portretów w Paryżu w Societe Nationale du Champs de Mars, w r. 1909 większą wystawę złożoną z 30 obrazów w prywatnej galerii, a wstęp do katalogu jest pióra Leonce Benedite'a.

Z listów pani Olgi przebija zadowolenie z uzyskanych sukcesów, ale łączy się z tym i głęboki smutek. Stan jej wewnętrzny określają najlepiej słowa z listu do Julii (wiosna 1908 r.) «...Mam sześć portretów dobrze umieszczonych dosyć. Cała krytyka pisze, że smutne, co ja zrobię, że smutne? Nie mogę być inną, niż jestem, jak podkład smutny, to wszystko, co na nim wyrośnie, smutnym być musi. W każdym razie, nie przeszkadza ten smutek temu, aby naprawdę były najlepszymi portretami z całego Salonu. Je trouve, que ceci est bien plus triste encore».

W grudniu 1909 pani Olga zdaje się jednak być w pełni zadowoloną z sukcesu swej wystawy. Zwierza się Juli «...Posyłam Ci katalog mojej wystawy, mam tylko najpiękniejszą część sali, oddzielonej framugą od reszty wystawiających pań. Obrazy moje wspaniale wyglądają, bo są prawdą, są uczciwe, pańskie, nie ma w nich małostkowości, nie ma maniery, nie ma blagi. Są ciche i żywe i jak gdyby je lekka zasłona od patrzących dzieliła. Są w swojej własnej atmosferze. Wystawiłam 30 obrazów, mogłam dwa razy tyle wystawić, ale miejsca nie było. Sala bardzo pańska, światło cudowne, ściany z szarego aksamitu, tres discret w kolorze i złote łańcuchy podtrzymują obrazy. Za wystawienie daję jeden portret i interieur, pieniędzmi nie mogłam płacić, bo byłabym musiała tysiąc franków zapłacić, a tych szkoda. Dotąd nie sprzedałam nic, tylko dostałam kilka bardzo pięknych krytyk».

 Olga Boznańska, Monachium

OLGA BOZNAŃSKA NA TLE SWEJ PRACOWNI W MONACHIUM
Wł. Joanny z Seifmanów Getterowej, Fot. z nat.

W tym samym czasie obejmuje Boznańska profesurę w prywatnej Akademii Witti ucząc malarstwa. Na początek ma siedem uczennic.

Niezaprzeczone powodzenie na tak trudnym terenie jak Paryż zadowoliło artystkę, pisze otwarcie o radości, którą jej te sukcesy sprawiają. Zamyka się też całkowicie w kręgu swej sztuki, szczęścia w życiu nie znajduje. W r. 1906 umiera ojciec w czasie pobytu w Paryżu. Wielkie strapienie powoduje choroba Izy, jej histeria i nieszczęsne nałogi. Obie siostry utrzymują jednak dyplomatyczne stosunki. Olga zamyka się tylko coraz bardziej w sobie, ale «...ja ją zostawiam jej losowi, bo na upór nie ma ratunku, a sama muszę pracować, ażeby zarabiać et pour ne pas perdre mon eąuilibre morał...».

Zachwyt Paryżem, jego pięknem architektonicznym, sukcesy artystyczne, mimo wszystko nie wypełniają całej istoty Olgi Boznańskiej. Dochodzą inne akcenty do wyrazu, a przede wszystkim coraz silniej zaznacza się pozytywny stosunek Olgi "do ludzi, jej wiara w człowieka. Xawery Dunikowski, który spotykał ją w czasie pierwszej wojny światowej w Paryżu, wyczuwał w niej coś z ducha św. Franciszka z Asyżu.

Charakterystyczne są jej słowa «...a naprawdę wiele egzaltacji we mnie nie ma, ale nie mogłabym żyć bez jakiegoś uczucia lepszego, rwącego się do ludzi. Ja nie chcę ich widzieć złymi, dosyć kiedy się przekonam, że są takimi...» i dalej «...Czy są tu tacy panowie, którzy mnie kochają, ja nie wiem, wiem że do mnie ludzie ciągną, bo wiedzą, że ich nie odepchnę, czy kobiety czy mężczyźni. Wiedzą, że niczego od nich nie żądam i że zawsze rada będę każdemu, pomóc. Pragnienie moje największe poza sztuką, jest ulżyć biedakom, gdybym była bogatą, myślę często o tym, umiałabym pieniądze z korzyścią umieszczać, wiem o tym.

Co do siebie, chciałabym chwilami być szczęśliwą, jakby zelektryzowana czymś, mieć wiele radości, ale takich chwil nie ma wiele, a uważam, że samo takie pragnienie jest już poniekąd szczęściem, bo jest coś żywszego, głębszego w nas, co się rwie wyżej».

Zestawienie własnych słów Olgi Boznańskiej ilustruje najlepiej jej stan psychiczny. Z wiosną 1908 nawiedza ją zwątpienie «... i wolę o tym nie myśleć często, że jestem tak biedna... Źle jest rozpatrywać w sobie i znajdywać tylko ubóstwo wielkie, więc nie patrząc się, nie widzi się je tak silnie, zapomina się o tym, że tak jest».

Boznańska dochodzi już do rezygnacji. «...Gdybym mogła, pragnęłabym wszystkie przeszkody usunąć do szczęścia, tak jak we wszystkim nie cierpię ich dla siebie samej! Je ne suis pas une lutteuse, to może nieszczęście dla mnie, mais je deteste lutter, c'est en moi et je n'y peux rien. Jeżeli konieczność wymaga, walczę, ale tego nie cierpię i kosztuje mnie wiele».

Olga przyznaje się Julii «...jakbym nie mogła przywyknąć do zupełnie innego życia, bez jakiegoś wariowania za czymś innym, ja zaś nigdy mniej nie wariowałam niż teraz. Jestem bardzo trzeźwa Julku drogi. C'est tout».

Tyle wyczytać można z listów, które się dochowały z tego okresu. Nie jest to wiele i nie wyczerpuje wszystkich naszych pytań, jeśli się zważy świetność uzyskanych rezultatów i liczbą obrazów. Słowa jednak artystki pozwalają nam poznać podkład psychiczny jej twórczości, co posiadać będzie swe znaczenie, nawet gdy uda się zebrać cały jej dorobek, a przynajmniej mieć jego przegląd.

Okres po pierwszej wojnie światowej nie odzwierciedla się dostatecznie w znanych na razie materiałach. Zachował się jedynie list ks. Edwarda Jarmone'a(?) z Chicago do Boznańskiej, przebywającej stale w Paryżu, z dnia 30 listopada 1920, który podjął starania w Ameryce o sprzedaż jej obrazów. Nie było to łatwe zadanie, «będąc w Paryżu nie spodziewałem się, że tak trudno będzie znaleźć nabywców na prace, które Pani mi poleciła. Artyści zachwycają się nimi, a ci, którzy mogliby je nabyć nie zgłaszają się».

Wiadomość ta wcale nie zadziwi, gdy zna się psychologię tych, którzy posiadają pieniądze i ich stosunek do sztuki, a wyjątki należą do rzadkości. Zresztą ks. Jarmone mógł mieć najlepsze intencje przeprowadzenia sprzedaży obrazów, ale sam przyznaje «jak się okazuje brak znajomości języka i stosunków uniemożliwia mi zrobienie Pani tej przyjemności».

Wydaje się, że lata te sprzyjały rozwojowi malarstwa Boznańskiej. Artystka jest czynna niezmiernie, w liście do Julii (26 maja 1924 r.) «...Jestem naprawdę tak ciągle zajęta, że gdyby dzień 'iiał dwadzieścia cztery godzin, a doba czterdzieści osiem mogłabym móc od czasu do czasu napisać list lub coś przeczytać! Sto razy odkładam dzień, bo nie mogę nadążyć wszystko załatwić, jakby być powinno».

Boznańska otrzymuje w tym czasie wiele zamówień, zwłaszcza miesiące od kwietnia do października przynoszą jej zamówienia od Amerykanów, które są dla artystki ze względów finansowych ważne. Maluje jednak przede wszystkim osoby, które ją interesują, portretuje Henryka Sienkiewicza, Rubinsteina. Siedem obrazów kupuje u niej z polecenia Wojciecha Kossaka pan Mroczkowski z Warszawy, właściciel największego cyrku w Polsce. W listach spotykamy wzmianki o portrecie panny Trompczyńskiej (malowany prawdopodobnie w r. 1911), portret Szczepkowskiego (oba znajdowały się wówczas u p. Lipońskiego (f 1948) w Krakowie, oraz portret młodej osoby w białym kapeluszu. Panu Chmielarczykowi posyła w r. 1928 w podarunku dwa obrazy z kwiatami. Maluje również akwarele, które uważa za ładne «ja je bardzo lubię, kolorowe kwiaty różowe w wazoniku ciemnym, a druga dom na Wolskiej, naprzeciwko nas».

Portret Sienkiewicza został w r. 1928 zakupiony przez Muzeum Narodowe w Krakowie, jeden z najbardziej znamiennych obrazów Boznańskiej. Sprzedaż przeprowadził w Krakowie radca Chmielarczyk, a pieniądze uzyskane pokryły koszta trotuaru przed domem na Wolskiej, co wybawiło artystkę z dużego kłopotu (5 września 1928 do p. Chmielarczyka) «...Przerażona jestem tą nową wiadomością tyczącą się podatku nowego bruku na Wolskiej. Czemu zamienili bruk, kiedy trotuar był nadzwyczajny o ile pamiętam, szeroki i bardzo równy...» i dalej «...Bóg zapłać Szanownemu Panu za radę, ale uważam, że szkaradnie jest brać za trotuar pieniądze od biednych gospodarzy domów, swoją drogą. Czy nieprawda? Paskudnie».

Wkrótce po tym może napisać do radcy Chmielarczyka «...W tej chwili otrzymuję list od Julci Gradomskiej. Pisze, że Sz. Pan sprzedał portret Sienkiewicza Muzeum Narodowemu i że może pokryć koszta trotuaru. Ogromnie jestem ucieszona i całym sercem Sz. Panu dziękuję za cały Jego trud...».

Warunki życiowe pani Olgi widocznie nie sprawiają jej zbyt wiele kłopotów. Zrazu pisze nawet, że posiada pieniądze na kilka miesięcy, w r. 1928 jednak żali się, że «...mam tylko to co koniecznie jest potrzebne na zimę, opal kosztuje szalenie wiele...». Sprawy te jednak nie . ciążą artystce, życie płynie uregulowanym trybem.

Kontakt z ludźmi, który wydaje się być jednym z nieodzownych elementów jej życia, przejawia się przede wszystkim w przyjmowaniu wizyt. Należało to wręcz do zwyczajnego ceremoniału dnia, co wynika z relacji tych wszystkich, którzy się zetknęli z Olgą Boznańską. W roku 1924 np. pisze ona do Julii Gradomskię|«...Mam teraz często wizyty ludzi przybywających z kraju, dziś miałam wizytę pp. Różyckich...».

Specjalnie cieszą ją widocznie odwiedziny osób z kraju, odczuwa po ich bytności tęsknotę do kraju. Ogarnia ją wtedy smutek. W r. 1928 pisze do p. Chmielarczyka: «Smutno. Gdybym miała kilka dobrze zapłaconych portretów, mogłabym przyjechać, ale bez tego mowy nie ma. Często bardzo myślę o Krakowie, bardzo często. Smutno mi wiedzieć, że Pani nie czuje się zupełnie zdrową, to musi być nerwowy stan, który nie w porządku. Izia mnie nie mówi, jeżeli Pan łaskawy do niej pisze, nie mówi mi nigdy, kiedy otrzyma pieniądze, uważa mnie zdaje się, za jej nieprzyjaciela. Podobno, także winien wszystkiemu jej stan nerwowy. Powodu żadnego jej nie daję, by się tak do mnie odnosiła, ale nie pozwalam by mną rządziła».

Po r. 1930 wszystkie te sprawy rosną, stają się coraz groźniejsze, aż do tragicznego samobójstwa Izy. Kłopoty finansowe wynikają z kryzysu ogólnego. W r. 1932 pisze do radcy Chmielarczyka: «...Tutaj nic nie zarabiam obecnie, może z powodu «kryzysu». Tak tutaj twierdzą ».

Właściwy jednak stosunek pani Olgi do spraw życiowych charakteryzują jej słowa z r. 1933: «Tutaj obecnie nie kupują ludzie obrazów, bo się obawiają jakiejś katastrofy, nie wiem jakiej».

Coraz dotkliwiej odczuwa pani Olga skutki owego «kryzysu», każdy niemal list do p. Chmielarczyka jest wezwaniem o przysłanie jej pieniędzy lub też siostrze. Dziękuje mu stale za starania o dom, gdyż dochody z czynszu stają się coraz to bardziej źródłem utrzymania obu sióstr w Paryżu. W r. 1933 może jeszcze napisać: «Ja nie mogę przysłać pieniędzy, bo samej mi trudno wyżyć z tego, co zarabiam, ale dotąd idzie, bo maluję portret jednej Amerykanki».

Olga Boznańska

OLGA BOZNAŃSKA W LIPCU 1898 R.
Wł. p. Edwarda Chmielarczyka, Fot. z nat.

Ale już w r. 1934 pieniądze nie wystarczają jej na życie. W styczniu tego roku pisze nagląco do p. Chmielarczyka: «Co się u nas dzieje w domu z moją pracownią? Proszę bardzo przysłać mi 1000 frcs na zapłacenie mieszkania. Płacę 1200 za trzy miesiące, jestem bardzo biedna, kryzys, zamówień nie ma. Bardzo smutno». Wkrótce zaczyna narzekać na długi «...do czego dotąd nie byłam przyzwyczajoną. Coraz smutniej dla mnie w życiu. Nie zarabiam zresztą od dłuższego czasu, w lipcu muszę płacić pracownię».

P. Chmielarczyk staje się główną ostoją, do której artystka zwraca się nieustannie o pieniądze. Czyni to w formie coraz to bardziej jaskrawej. W styczniu 1936 pisze: «... otrzymałam dziś pieniądze, ale niestety wystarczają tylko na zapłacenie pracowni na trzy miesiące. Dla mnie centa nie ma. Mam płacić pracownię 1000 frcs na trzy miesiące. Nie zarabiam centa od roku, a nie mam już żadnych złożonych pieniędzy. Proszę bardzo mi przysłać jeszcze tysiąc na życie. Jestem zdesperowana. Bardzo usilnie proszę przysłać. Okropnie smutno, czas aby się wynieść na inny świat».

Stan krytyczny trwa do r. 1938, ponownie pisze artystka do p. Chmielarczyka, aczkolwiek bez dramatycznych akcentów z prośbą o pieniądze: «...Nie mam centa. Niestety nie zarabiam tego roku dotąd i nie wiem jak dalej będzie, bo wszyscy się skarżą bardzo, że zarabiać obecnie jest prawie niemożliwe dla artystów».

Niewątpliwie ogólne położenie ekonomiczne, związane z wzrastającym napięciem politycznym, było przyczyną pogorszenia się warunków finansowych dla przeważnej części artystów, co musiała odczuć i Olga Boznańska. Inaczej jednak patrzała na te sprawy jej siostra. Korespondencja jej z p. Chmielarczykiem i listy do Julii Gradomskiej znalazły się w posiadaniu radcy Chmielarczyka w dość pokaźnej liczbie. Są one charakterystyczne dla atmosfery dookoła Olgi Boznańskiej i dlatego umieszczam je w Materiałach do jej monografii, ale nie należy ich przeceniać ani brać zbyt dosłownie.

Czytając je należy pamiętać, że pisała je osoba nieszczęśliwa, która od swej młodości zdradzała objawy histeryczne, tak że kilkakrotnie musiała się leczyć, a nawet przebywała w sanatorium dla nerwowo chorych, trafnie oceniłby jej listy neurolog. Nie należy bynajmniej potępiać nieszczęśliwej pani Izy i wszystkich jej słów lekceważyć. Gdy porówna się spokojny, opanowany styl listów Olgi, która potrafi z umiarkowaniem pisać o swej rozpaczy, z nierównym charakterem Izy, który się przejawia w listach do Julci Gradomskiej i do p. Chmielarczyka, sympatia zwraca się ku Oldze. Doprawdy, zbyt gwałtowne są wypowiedzi Izy. Pisze do p. Chmielarczyka o Oldze, że ona stale kłamie. Gdy Olga zwleka ze swym powrotem do Paryża, Iza wątpi o jej stanie umysłowym, a gdy dowiaduje się o jej faktycznej chorobie, nie dowierza tej wiadomości, lekceważy ją i lekarza. Wreszcie po upływie kilku tygodni gdy skłonna jest uwierzyć, że artretyzm zagraża wzrokowi Olgi, Iza się martwi tak, że aż chudnie.

 Olga Boznańska, Montparnasse

OLGA BOZNAŃSKA W PARYŻU NA BOULEVARD MONTPARNASSE
(Na odwrociu ręką artystki: „Tramwaje w ruchu jako tło przeszkadzają. Au fond la gare Montp. Za pierwszym drzewem. Izuś twierdzi, ze wyglądam jak dewotka”)
Wł. p. Edwarda Chmielarczyka, Fot. z nat.

 

Zobacz część II


Podziel się



← Starszy post Nowszy post →